Wakacje już prawie na półmetku. Co prawda nas one praktycznie nie dotyczą, gdyż w tym roku żyjemy budową, ale mimo wszystko jakieś wyjazdy sobie organizujemy. Żeby było taniej, ale i bardziej atrakcyjnie dla dzieci pojechaliśmy między innymi do lasu pod namiot.

Mój mąż, jako były harcerz, wciąż jest blisko związany z ZHP. Kiedy tylko dostał zaproszenie na obóz, postanowił nas tam zabrać. I muszę przyznać, że był to bardzo udany wyjazd.

Namioty

Jako, że nas jest pięcioro, a jechaliśmy tylko na weekend, postanowiliśmy zabrać dwa małe namioty. Nasz duży rodzinny namiot rozkłada się bardzo długo, więc opłaca się go brać jedynie na dłuższe stacjonarne wyjazdy. A teraz mieliśmy ze sobą „dwójkę” i „trójkę”. Pierwszej nocy podzieliliśmy się dziećmi i spaliśmy oddzielnie. Mąż mi zmarzł, więc zaproponowałam, byśmy tę drugą noc spędzili wszyscy razem w „trójce”. Spaliśmy w poprzek i daliśmy radę. Dobrze, że dzieciaki mają krótkie nogi, więc my, dorośli, mieliśmy mimo wszystko trochę miejsca na rozprostowanie kości. Drugi namiot stał się zaś naszą bagażownią.

Śpiwory

Dzieci są małe, więc powinny mieć odpowiednie śpiwory. Niestety takowych nie mamy, a kupować nowych nie chcieliśmy. Jak się okazało, słusznie. Starszaki po prostu wychodziły ze śpiworów i spały odkryte, zresztą tak też czynią w domu. Opłacało się wziąć polarowe kombinezony do spania. Dzięki temu one przynajmniej nie marzły.

Gotowanie

Mieliśmy to szczęście być gośćmi obozu harcerskiego, więc odpadło nam gotowanie. Zabraliśmy jednak ze sobą kuchenkę gazową, by móc zrobić sobie kawę czy herbatę. Przy dzieciach jest to sprzęt niebezpieczny. Wciąż próbowały podchodzić i trudno je było odwieść od zamiaru dotykania gorącego palnika. Wiadomo przecież, że ogień fascynuje, a wszystko co nowe jest niezwykle ciekawe. Na szczęście obyło się bez ofiar. Myślę, że na dłuższy wyjazd przydałby się stół, na którym byśmy gotowali, by troszkę utrudnić dostęp do kuchenki młodszym, a ułatwić starszym.

Zabawki

Rozbijając namiot w lesie nawet nie wiedzieliśmy, że właśnie zamieszkaliśmy na ogromnym placu zabaw. Patyki, gałęzie, szyszki, liście, trawy, kora, ziemia, wszystko to miało swoje zastosowanie. W małych głowach dzieciaków powstawały niezliczone możliwości zastosowania wszystkiego, co znalazło się na ich drodze. Jak to jedna druhna określiła, najlepszy trening integracji sensorycznej, i to całkiem za darmo.

Ognisko

Harcerką nigdy nie byłam, ale zawsze obozy kojarzyły mi się z ogniskami. Okazuje się, że teraz bardzo trudno o zgodę leśników na palenie ognisk, więc mieliśmy szczęście, że właśnie, gdy my tam byliśmy, było też i ognisko. I to na dodatek takie ze śpiewankami. Nasze maluchy czynnie włączyły się w zbieranie chrustu. Szczególne zasługi miał w tym Wojtek, który nie przepuścił żadnej gałązce na swej drodze. Ula za to znalazła sobie koleżankę harcerkę i siedząc na jej kolanach próbowała włączać się w śpiew. Agulka zaś bawiła się beztrosko szyszkami.

Jezioro

A to już najtrudniejszy temat wyjazdu. Dzieci mogłyby spędzić cały dzień w wodzie. Niestety była ona bardzo zimna, więc trzeba było zadbać, by w odpowiednim momencie wyszły i ubrały się ciepło. Nie zawsze udawało się to uczynić za obopólną zgodą. Mimo to trochę się w jeziorze pobawiły i tęsknie teraz wspominają te kąpiele.

Byliśmy tam tylko dwa dni, ale było warto przyjechać. Po dniu pełnym wrażeń dzieci spały do 9, więc po raz pierwszy od dawien dawna mogłam usiąść sobie na godzinkę i podelektować się nicnierobieniem. Było mi naprawdę błogo i osobiście ten moment będę najmilej wspominać. A dzieciaki wciąż tylko pytają, kiedy znów pojedziemy do harcerzy 😉

Reklamy