Kiedy było jeszcze zimno i ponuro. Kiedy noc była dłuższa niż dzień. Kiedy nadszedł dla nas czas dziecięcych choróbsk, poznaliśmy Basię. Mimo iż starsza od moich dzieciorów, szybko się z nią zaprzyjaźnili. I to do tego stopnia, że czasem ciężko się z nią było rozstawać. A mój dwulatek to po prostu się w niej zakochał.

Seria o Basi Zofii Staneckiej, bo o niej mowa, podbiła serca dzieciaków. Najpierw czytaliśmy „Basię i wyprawa do lasu”. Jest to jedna z nowszych pozycji, ale wtedy o tym nie wiedziałam. Byłam mocno sceptycznie nastawiona do tej książki. Po pierwsze ilustracje do mnie nie przemawiały, a po drugie Tata nosił tam Franka w chuście przodem do świata. A ja, jako wielka specjalistka chustonoszenia (nauczyłam się przecież jednego wiązania z youtuba i mam koleżankę po prawdziwym kursie;), od razu zaczęłam szukać innych błędów i nieścisłości. Dzieciory za to prosiły n-ty raz o przeczytanie książki. Zdecydowałam się więc pożyczyć kolejne tytuły z serii.

 

I w ten oto sposób poznaliśmy Basię i jej rodzinę. Po kilku książkach ilustracje przestały mnie drażnić, zaś niektóre teksty są wręcz dla mnie kultowe. Stały się też sposobem na komunikację z mężem, przykładem „Basia i plac zabaw”. Zasugerowałam mężowi, że może kiedyś też zabierze czeredę na cały dzień z domu. Dobry też to sposób na komunikację z dziećmi, przykładem „Basia i Mama w pracy”. Tak się składa, że i ja dość dużo pracuję w domu przy komputerze, więc łatwiej mi było się z tego tłumaczyć przed maluchami.

A kim w ogóle jest Basia? To bardzo rezolutna pięciolatka. Ma Tatę lekarza i Mamę nauczycielkę oraz dwóch braci, starszego – Janka, i młodszego – Franka. Żyją w dużym mieście w bloku albo w kamienicy. Tak to przynajmniej odczytuję z ilustracji. Mają nawet zwierzę w domu, ale nie jest to ani pies, ani kot. Jest to bowiem żółw Kajetan. No i oczywiście Basia ma swoją przytulankę – Miśka Zdziśka.

Na razie przeczytaliśmy połowę serii, a w naszej bibliotece chwilowo więcej nie ma, co oznacza, że zaczęliśmy już wracać do przeczytanych wcześniej tytułów. Niedawno udało mi wypożyczyć dwie kolejne książki w innej bibliotece. Każda z książek dość łagodnie i nienachalnie porusza różne tematy związane z dzieciństwem, macierzyństwem czy szerzej rodzicielstwem. Nie ma tu moralizatorstwa i wszechwiedzy autorki, a raczej pokazanie różnych sposobów na rozmawianie z dziećmi. Czyta się to naprawdę bardzo fajnie, więc nie dziwię się, że dzieciaki wciąż wracają do Basi. Często pojawiają się humorystyczne nawiązania, czytelne raczej tylko dla dorosłych. Dodaje to pewnego smaczku i ułatwia częste sięganie po kolejne tomy. Poza tym Basia i jej rodzina są tak ludzcy, że nie można odmówić im realnego bytu. Czasem mam wrażenie, że autorka każdą z historii pisała myśląc o tym, co gdzieś już widziała, a może nawet sama przeżyła. Dzieci po prostu takie są.

Moją ulubioną częścią jest „Basia i gotowanie”. Bardzo śmieszna opowiastka, która jako żywo przypomina mi nasze domowe kłopoty z gotowaniem. Dzieciaki ulubionej nie mają, ale chętnie sięgają nawet po te, które już wcześniej czytaliśmy.

Niedawno odkryłam także serię dla młodszych dzieci, Basia i Franek. Króciutkie opowiastki o liczeniu, odpieluchowaniu czy kolorach. To już jest zdecydowanie edukacyjna seria dla maluchów.

Basia stała się ważną postacią w naszym życiu. Często nawiązujemy do tego, co robiła ona lub jej rodzeństwo. A niedawno Uleńka pytała, kiedy możemy pojechać w odwiedziny do Basi. Na razie to raczej ona często nas odwiedza i może niedługo znów uda mi się zdobyć nowe części serii i poczytamy także o innych przygodach Basi i jej rodziny.

Advertisements