Piątkowy poranek był bardzo przygnębiający. Deszcz, i to dość intensywny, odstraszał od wszelkich spacerów. Całe szczęście miałam wizytę u dentysty, więc się wymigałam z porannego wyjścia z młodszymi dziećmi, najstarszą odwiozłam samochodem do przedszkola. Pogoda, która dla mnie była nieprzyjemna okazała się jednak świetna dla starszaków.

Planowałam odebrać Uleńkę również jadąc po nią samochodem. Wojtek miał długą drzemkę i chyba po raz pierwszy w tym tygodniu się wyspał. I jak się obudził, od razu chciał iść na dwór. Stwierdził, że założy kalosze i pójdzie na kałuże. Deszcz zmniejszył już swoją intensywność i chwilę walczyłam z własnym lenistwem. Po prostu nie chciało mi się moknąć. Proszące słodkie oczka mojego syna, jak kota ze Shreka, przełamały moją niechęć. Wybraliśmy się z wózkiem do przedszkola.

Kiedy mijałam wielkie kałuże, wiedziałam już, że będziemy długo wracać do domu. Dla dzieciaków to lepsze niż najbardziej nowoczesny i wypasiony plac zabaw. Całe szczęście Agulka zaczęła usypiać, gdy już całą ekipą ruszyliśmy z przedszkola. Ona spała, a starszaki prześcigały się w wymyślaniu nowych wodnych zabaw.

Skakanie w kałużach to podstawa. Któż nie lubi rozbryzgującego się na wszystkie strony błota? Szczególnie, że można w ten sposób pochlapać siostrę/brata i niestety matkę też. Wielką przyjemność daje im po prostu chodzenie i taplanie się w błotku.

Ula zaczęła też zabawę w mycie liści. Znalazła ich sporo i myła je w kałużach. Wojtek zaś próbował je puszczać na wodzie jak statki.

Ogromną radochę sprawiło im po prostu taplanie się w błocie. Powstawały błotne kanapki z wykorzystaniem liści, ale i inne smakołyki z Ulowej błotnej kuchni.

Wojtek znalazł duży kamień i rzucał nim do wody. Niby nic, a przez kilka minut rzucał i patrzył jak urzeczony co się dzieje z wodą. Odszukiwanie kamienia w mętnej kałuży sprawiało mu przyjemność, której niestety nie podzielałam widząc mokre rękawy jego kurtki.

Deszczowy spacer nie mógł się też obyć bez wędkowania. Moi mali rybacy (tak, rybacy a nie wędkarze, bo tak się Ula każe nazywać) łowili jak zwykle ryby w każdej, nawet najmniejszej napotkanej kałuży.

Gdy doszliśmy do domu, oczywiście chórem stwierdzili, że zostają w ogrodzie. Przy użyciu foremek do piaskownicy, konewek, wiaderek i innych zabawek kontynuowali gotowanie w błotnej kuchni. Zachęta w postaci kawy Inki nie podziałała od razu. Dopiero, gdy już faktycznie zrobiło im się zimno, wrócili do domu. Przebrali się w suche ubrania i z wielką chęcią wypili ciepły napój.

DSC_0152

A dla mnie pozostały ich brudne ciuchy, pełne piasku, błota i wody. Jutro je wyczyszczę, a może poczekam aż wyschną i tylko otrzepię, bo przecież w kolejny deszczowy spacer znów się wybrudzą 😉

Advertisements