Dzień Ziemi to ważny dzień. Dla wielu osób jest to jedyny czas w roku, gdy uzmysławiają sobie, gdzie tak naprawdę żyją, na jakiej planecie. Jest to też okazja do poznania tejże planety. Chociaż dla dzieci, i myślę, że nie tylko moich, poznawanie Ziemi trwa cały rok. I wcale żadnego święta do tego nie potrzebują.

Uzmysłowiłam sobie ostatnio, że maluchy, takie do czwartego, piątego roku życia chłoną otaczający świat. Najpierw testują wszystko buzią, potem rękami, by wreszcie uruchomić też inne zmysły. Gdy zaczynają mówić, pojawiają się pierwsze pytania. W ten sposób są w stanie poznawać życie na Ziemi bez dodatkowych bodźców, bez specjalnych gier, zabaw, kart pracy. Jedyne czego trzeba dzieciom, to kogoś, kto będzie w stanie trochę opowiedzieć i odpowiedzieć choć na część dziecięcych pytań.

Jako edukatorka stosuję wiele narzędzi w pracy z grupami w różnym wieku. Z przedszkolakami sprawdzają się proste zabawy i wierszyki czy piosenki. Moje dzieci są jednak oporne na takie metody. Próby zrobienia z nimi czegoś konkretnego na jakiś temat są bardzo trudne. Próbowałam już z tematami specjalnymi z Małego Przyrodnika i widzę, że nie jest łatwo wstrzelić się z zabawą, która przyniesie im konkretną wiedzę, ale i radochę.

Dlatego postanowiłam, że z okazji Dnia Ziemi nic im nie zorganizuję. Przeciwnie, będę patrzeć, co moje dzieci organizują.

  1. Zwierzęta – dzieci widzą więcej. Jak ktoś mądry zauważył, mają bliżej do ziemi, więc łatwiej zauważają co tam się porusza. Kiedy Ula albo Wojtek coś dostrzegą, po prostu staram się mówić co to jest. Ważne, by używać poprawnych nazw. Na czerwone tramwajarze mówię więc zawsze kowale, bo to ich prawidłowa nazwa. Pochylamy się nad mrówkami, w lesie oglądaliśmy nawet ogromne mrowisko. Gdy zauważymy szlaki transportowe mrówek, obserwujemy co też one niosą. Zdarza się nam też podglądać ptaki. Wróble mój dwulatek już rozpoznaje, choć od mazurków jeszcze ich nie potrafi odróżnić. Jakoś tej plamki na policzku nie jest w stanie dostrzec. Ostatnio w parku zaczął krzyczeć, że widzi gołębia, choć to była kawka. Ale i tak stara się zapamiętywać nazwy gatunków.
  2. Rośliny – generalnie jak wyżej. Każdy spacer to opowiadanie o drzewach. Wojtek bezbłędnie rozpoznaje brzozy (wiem, że to akurat łatwe) i świerki. Starszaki wiedzą też jak wyglądają liście dębu i że z tego drzewa są żołędzie. Potrafią też odróżnić szyszkę świerku od szyszki sosny. Na trasie naszych spacerów są też jodła i modrzew. Uwielbiają zbierać ich szyszki, niestety nazwy tych drzew jeszcze nie zostały przez nie opanowane. Wraz z wiosną przyszedł czas na bukiety. Na naszej ogrodowej łące znaleźliśmy mniszki, jasnoty, zawilce, taszniki.
  3. Zbieractwo – czyli warto mieć wózek z dużym koszem. Każdy nasz spacer to polowanie na różne skarby. Starszaki zbierają szyszki, patyki, kasztany, żołędzie, ostatnio nawet jemiołę, która spadła z topoli, trawy, kwiaty. Słowem wszystko co napotkają. O każdej z tych rzeczy zawsze coś tam opowiem, choćby z jakiego drzewa pochodzi, albo jak się nazywa. Wszystko ląduje w wózku, bo kieszenie nie są w stanie pomieścić takich ilości zebranych rzeczy. Dzieciaki potem i tak wykorzystują te skarby jako składniki zup i innych dań gotowanych w piaskownicy. Mam nadzieję, że gdzieś tam w ich małych główkach coś z tego mojego gadania zostaje.
  4. Twórczość artystyczna – czyli patykiem po ziemi. Taki znikopis w wersji „nature”. Wystarczy patyk, kawałek ziemi i ewentualnie but do wytarcia tego, co zostało stworzone. To co prawda zabawa bardziej sensoryczna, bo dzieci poznają różne struktury, ziemia jest twarda bądź miękka, a patyki cieńsze lub grubsze. Mimo to uważam, że tego typu zabawy pozwalają na oswojenie się z tym co otacza dzieci, uczą otwartości na świat. Przy okazji mały konkurs. Kto rozpozna, co Uleńka tu wyrysowała?

    A tu? Podpowiem, że to postać z kreskówki.

  5. Kałuże – czyli żadna pogoda nam nie straszna. Ostatnio usłyszałam od sąsiadki słowa, które bardzo mnie zaskoczyły. Stwierdziła, że jestem dobrą matką, bo pozwalam dzieciakom chodzić po kałużach. Nie wiem, czy inne matki tego zabraniają, ale to jest tak naturalna zabawa dla dzieci, że nie byłabym w stanie jej zabronić. Ubieram oczywiście maluchy w kalosze, spodnie deszczowe i kurtki, a potem mogą łowić ryby, skakać, przelewać wodę. Co tylko sobie wymyślą. Później zawsze mam problem, by sprowadzić je do domu, bo wcale nie chcą rozstawać się z kałużami.

To tylko takie przykłady tego, w jaki sposób małe dzieci mogą poznawać świat bez zbędnych zachęt. One po prostu chcą w taki sposób uczyć się. Ja, jako osoba dorosła, jestem jedynie towarzyszem ich zabaw, nie inicjatorem, nie przewodnikiem, ale kimś kto idzie obok i może coś opowiedzieć. A czas na naukę konkretnych rzeczy jeszcze przyjdzie. Może już przy kolejnym temacie specjalnym z Małego Przyrodnika 😉

Wpis powstał w ramach projektu Mały Przyrodnik.

ma25c52582y2bprzyrodnik2b5

Advertisements