Moje dzieci, w przeciwieństwie do mnie, lubią gotować. Wspominałam już o tym pisząc o kuchniach błotnych, ale one uwielbiają również pomagać w prawdziwej kuchni. Widać wrodziły się w tatę 😉

Ich pomoc oczywiście jest symboliczna. Razem blendujemy, mieszamy składniki lub wsypujemy mąkę. Niekiedy jest to dość uciążliwe, bo bez nich zrobiłabym to szybciej, dokładniej i bez bałaganu. W większości wypadków poświęcam się jednak dla dobra sprawy. Święcie wierzę w to, że kiedyś zaprocentuje to prawdziwą pomocą. Mam nadzieję, że po prostu dzieciaki przyzwyczają się do tego, że mogą wspólnie z dorosłymi coś pichcić, a później nawet zaczną robić to samodzielnie. Jeśli teraz to polubią, będzie łatwiej im włączać się w przygotowanie posiłków, gdy będą starsze. Pewności oczywiście nie mam, ale myślę, że warto próbować.

Ze względu na tę miłość do kulinariów, Ula dostała od mikołaja książkę kucharską dla dzieci, a nawet dwie. Jedną z nich była pozycja Anny Starmach „Pyszności”. Jest to bardzo ładnie wydana książka, z wieloma przepisami na śniadania, obiady, kolacje, desery i napoje. Wszystkie są zilustrowane zdjęciami oraz rysunkami siostry autorki, Agaty Starmach. Dzięki nim dzieciaki bez problemu odnajdują interesujące je dania. Niestety nie są one najzdrowsze (sporo cukru), ale też często są ze składników, których raczej na co dzień nie używamy w kuchni (np. jagody goi). Całe szczęście są i takie receptury, które są odpowiednie nawet dla dwu- i trzylatka.

Przykładem są kruche ciasteczka. Uleńka kiedyś długo smęciła, że chciałaby ciasteczko, a tu w domu bieda, nic nie ma. Wymyśliłam, że możemy coś upiec. Trzylatka, więc od razu sięgnęła po książkę kucharską i zaczęła szukać przepisu. Niestety nie mieliśmy wielu rzeczy potrzebnych do bardziej skomplikowanych deserów, dlatego wybór padł właśnie na kruche ciasteczka. Mało składników, a ja miałam akurat wszystkie potrzebne. Zabraliśmy się do wsypania wszystkich ingrediencji i do wyrabiania ciasta. Wojtek nawet nie próbował, ale Ula dzielnie walczyła z masą. W końcu się zmęczyła i ja musiałam dobrze wygnieść ciasto. Podzieliłam je na pół i do jednej części dodałam kakao. Tu nastąpił moment zwątpienia, bo kruche ciasto musi swoje odleżeć w lodówce. Nauka cierpliwości jest trudna, ale daliśmy radę.

Po godzinie wzięliśmy się za wałkowanie i wykrawanie. A to dzieci lubią najbardziej. Powstały kwiatki, gwiazdki, wiewiórki, jeże, ślimaki i inne stwory. Większość dwukolorowa. Wizualnie wyszło nawet bardzo ładnie, a smakowo niestety też. Dzieciom to wydzielam ciastka, ale sama miałam problem z powstrzymaniem się przed schrupaniem kolejnego ciasteczka.

„Pyszności” raz się przydały, ale pewnie jeszcze skorzystamy z innych przepisów. Gdy dzieciaki podrosną (i nauczą się czytać), same będą brać tę książkę i przygotowywać dla wszystkich domowników nie tylko desery, ale i inne posiłki. Taką przynajmniej mam nadzieję 😉

Reklamy