„Śpiewać każdy może, trochę lepiej, lub trochę gorzej, ale nie oto chodzi, jak co komu wychodzi.” Któż nie zna słynnej piosenki wykonanej przez Jerzego Stuhra? Ja znam aż za dobrze, bo mi przysłowiowy słoń nadepnął na ucho, a muzykę i taniec mimo to bardzo lubię. I tę nieodwzajemnioną przyjaźń próbuję choć trochę przekazać swoim dzieciom.

W minioną sobotę próbowałam też przekazać innym rodzicom, jak w prosty sposób można pracować nad zmysłem słuchu maluchów. Oczywiście najlepiej uczęszczać z nimi na zajęcia gordonowskie i zapuszczać tylko muzykę klasyczną. Niestety u mnie pojawiły się problemy typu: warsztaty muzyczne są za daleko bądź za drogie, a osobiście wolę słuchać radia, bo czasem chcę usłyszeć, co się w świecie dzieje.

Cóż więc można robić? Ano śpiewać. Na zajęciach trochę nam nie wyszło, ale w warunkach domowych na pewno łatwiej przygotować sobie kilka piosenek, które podobają się maluchowi. U nas się to zmienia. Był czas na „Zuzię”, bo Uleńka ma lalę o takim imieniu. Czasem posiłkujemy się płytą zespołu Notabene „Gdyby tygrysy jadły irysy”. Zarówno tytułowa piosenka, jak i pozostałe wpadają w ucho i nie tak łatwo się od nich uwolnić. Dlatego często podśpiewuję o małym baranku, o myszce co szła po wodę czy jeżu ze sklepu ze szczotkami. Czasami tylko nucę lub wystukuję rytm. Chodzi tylko o to, by dziecko otaczać dźwiękami. Dobrze, by były to też rytmiczne piosenki. Przykładem jest „Kosi łapci”. Klaszcząc łatwo utrzymać tempo, które też łatwo zmienić na szybsze lub wolniejsze. Trzeba pamiętać, że ze śpiewaniem jest jak z nauką języków obcych. Łatwiej przyswajamy coś co słyszymy od drugiego człowieka niż z nagrania. Konkluzja: nie można się bać śpiewu 🙂

W czasie zajęć bawiliśmy się też w powtarzanie rytmów. Dzieciaki klaskały i tupały, trochę skakały. Prosta zabawa, a istotna ze względu na koncentrację i naukę samodzielnego wybijania rytmu. Roczniaki mogą mieć z tym jeszcze problem, ale dwulatki i starsze raczej szybko załapują i można z nimi bawić się w tworzenie własnej muzyki.

I coś co maluchy lubią najbardziej – instrumenty. Cymbałki, kastaniety, kołatki, dzwonki, flety, gitary, skrzypce, co kto ma w domu może wykorzystać do zabawy. A jeśli w domu brak takich sprzętów, trzeba pozwolić jedynie pobuszować dzieciom w kuchni. Garnki, miski aluminiowe i drewniane łyżki są świetnym substytutem instrumentów. Już siedzące kilkumiesięczniaki uczą się w ten sposób, że uderzając w naczynie drewnianą łyżką wydają dźwięki, a że uderzając mocniej wydają one głośniejsze dźwięki, a uderzając jeszcze mocniej wydają one jeszcze głośniejsze dźwięki. Rodzice mogą w tym czasie włożyć zatyczki do uszu, a dzieci mają okazję samodzielnie tworzyć kuchenną muzykę.

Na koniec zajęć chciałam pokazać bajkę, a dokładniej odcinek „Maszy i niedźwiedzia” z instrumentami. Niestety rzutnik zaszwankował i zabrakło lepszych głośników, więc niewiele udało się zobaczyć i usłyszeć. Chciałam jedynie zachęcić, by wybierając bajki dla dzieci myśleć też o stronie muzycznej. Jak na razie moim faworytem pod tym kątem jest … Reksio. Ścieżka dźwiękowa większości odcinków została stworzona przez Zenona Kowalowskiego. I jest naprawdę świetna, polecam się wsłuchać w naprawdę dobrą muzykę.

Generalnie sobotnie warsztaty nie wyszły idealnie. Czuję duży niedosyt, muszę lepiej dopracować kolejne spotkanie muzyczne, na którym między innymi będziemy tworzyć domowe instrumenty. Gdyby ktoś miał pomysły, zapotrzebowania, zapraszam do kontaktu.

Reklamy