Przez nasze przeszklone drzwi widać ogród. W cieplejszych porach roku codziennie możemy obserwować ptasią menażerię, która przylatuje w poszukiwaniu posiłku na naszej łące (trawnikiem tego się nazwać nie da), w tujach i jabłonce. Stałymi gośćmi są kopciuszki, szpaki, kosy, wróble, mazurki i wiele innych, których wciąż nie udało się nam rozpoznać.

Wspaniałą pomocą przy rozpoznawaniu gatunków ptaków jest przewodnik Collinsa „Ptaki”. Często, gdy widzimy coś, czego nie umiem rozpoznać, wspólnie z dzieciakami szukamy obrazka, który najbardziej by odpowiadał temu co zobaczyliśmy. Mimo iż nie jest to książka dla dzieci, dwulatek i trzylatka już od dawna lubią przeglądać rysunki ptaków. Nie umiem powiedzieć na ile potrafią już rozpoznać konkretne gatunki, ale na pewno chętnie przystają przy drzwiach, by po prostu patrzeć jak się zachowują, jak jedzą, jak latają te zwierzęta.

Mieszkamy tu już prawie trzy lata, ale wcześniej nie było okazji/czasu/motywacji, by przygotować karmnik dla ptaków na zimę. Sąsiedzi mają bardzo ładny karmnik w kształcie drewnianego domku, gdzie zawsze spotkać można sikory i sójki. Od niedawna mamy lornetkę, ale dzieciakom jeszcze ciężko się przez nią patrzy. Zamarzyło mi się, by zaprosić ptaki zimą również do naszego ogrodu. Pomysł dobry, ale jak się okazało to wcale nie jest takie proste.

Karmnik zrobiliśmy z Wojtkiem jeszcze w listopadzie. Wykorzystaliśmy plastikową butelkę po mleku. Wycięliśmy otwór i dołączyliśmy uzbierane na spacerze patyczki, by pełniły rolę żerdek. Specjalnie dla dwulatka wycięłam jeszcze kolorowe ptaki, które przyozdobiły nasz karmnik. Gotowe dzieło powiesiłam na tarasie wraz z ziarnami słonecznika. Jest to jeden z przysmaków sikorek, więc miałam nadzieję, że szybko do nas zawitają.

Do stycznia nic się nie działo. Żaden ptak nie zdecydował się skorzystać z naszej stołówki. Pomyślałam więc, że może karmnik jest za blisko domu i powiesiłam go przy huśtawkach. Kolejny miesiąc minął i nic. Straciłam już nadzieję, że kiedykolwiek ktoś zawita po ziarna słonecznika. I w lutym w końcu sikorki zaczęły nas odwiedzać. Długo zajęło im dostrzeżenie, że tu jest coś do jedzenia. Rozsypywane ziarno na ziemi wcale nie pomagało. W zasadzie nie wiem, co sprawiło, że odnalazły ten karmnik. Ale cieszę z tego się niezmiernie.

Teraz wspólnie stoimy przy drzwiach i patrzymy jak żółte brzuszki bogatek tylko śmigają na żerdkach. Przycupną na chwilę, zgarną ziarna i już uciekają. A my patrzymy jak urzeczeni. Szkoda jedynie, że tak późno zaczęły do nas przylatywać. Zima się kończy, więc i karmnik zaraz będę zdejmować. Ech, w przyszłym sezonie znów powalczymy o ptasią menażerię, bo od wiosny i tak będą do nas przylatywać już bardziej ciepłolubne gatunki.

wpis powstał w ramach projektu

ma25c52582y2bprzyrodnik2b5

Reklamy