Seria książek Mamoko ma już swoje lata. Ma też wierne grono fanów. Przyznam, że Mizielińskich, czyli autorów, cenię bardzo za „Mapy”, więc gdy jeden z Mikołajów chciał sprezentować dzieciakom Mamoko, nie odmówiłam.

I w taki oto sposób trafiły do nas „Miasteczko Mamoko” i „Dawno temu w Mamoko”. Są to książki obrazkowe, gdzie na każdej ze stron rozgrywa się jakaś część historii. Jest wielu bohaterów. Niektórzy mają swoje imiona, odnaleźć je można na okładce. Reszcie można samemu wymyślić albo pozwolić dzieciom na wybranie odpowiednich imion.

Książki te można oglądać na wiele sposobów. Najpierw warto skupić się na jakiejś postaci i zobaczyć co ona robi na każdej z plansz. Wychodzą z tego ciekawe historyjki. Popuszczenie wodzów fantazji pozwala na stworzenie opowiadania tylko wokół jednego bohatera. A w całej książce jest ich kilkudziesięciu. Dzięki temu można wymyślać niezliczoną ilość takich historyjek. Starsze dzieci pewnie same zaczną opowiadać co tam widzą i wymyślą kolejne nowe opowiadania.

Poza tym można się bawić w wyszukiwanie. Autorzy ukryli wiele dziwnych przedmiotów w różnych miejscach. Można szukać na przykład jabłek pochowanych gdzieś na całej planszy. Wojtek i Ula stali się specjalistami w odnajdywaniu właśnie tych owoców. Szukać też można grzybów, ości rybek, dukatów, rękawiczek, pantofelków i wielu innych dziwnych przedmiotów.

Jak na razie obie książki zyskały uznanie wszystkich moich dzieci, włącznie z Agulą. Ona ceni sobie najbardziej grube tekturowe strony, które próbuje konsumować. Starszaki za to potrafią długo siedzieć i wypatrywać coraz to nowych bohaterów i sytuacji. Mimo iż  prawie codziennie oglądamy Mamoko, wciąż znajdujemy coś nowego. I to jest naprawdę rewelacyjne, bo dzięki temu książki te się nie nudzą dzieciom.

Ale jest i łyżka dziegciu w beczce miodu. „Mapy” urzekły mnie grafiką, a Mamoko niestety nie. Osobiście mam problem z rozpoznaniem postaci i stwierdzeniem, czy to kot a może niedźwiedź. Po prostu te rysunki średnio mi się podobają. O wiele bardziej przemawiają do mnie ilustracje Emilii Dziubak w jej „Roku w lesie”, o którym pisałam tutaj.

Głównymi odbiorcami Mamoko są jednak dzieci, a im się książki z tej serii bardzo podobają. Dlatego mimo lekkiej niechęci każdego dnia od nowa oglądamy, ćwiczymy spostrzegawczość i popuszczamy wodze fantazji.

Advertisements