Uwielbiam moje dzieci. Uwielbiam też ich reakcje na nowości, które dla nich szykuję. Czasami po prostu zaskakują i rozbrajają mnie swoją szczerością. Ale i tak wiem, że warto się dla nich starać.

Ostatnio wymyśliłam sobie, że tym razem przygotuję jakąś niebrudzącą zabawę. W ten sposób powstał gniotek. Znalazłam w Internecie wiele pomysłów na to co można włożyć do woreczka, by dzieciaki miały radochę z ugniatania i wyszukiwania rzeczy ukrytych w środku. Zazwyczaj wykorzystuje się do gniotków woreczki strunowe, ale torebki śniadaniowe z zamknięciem też dają radę. A co włożyć do środka? Właściwie może być cokolwiek. Najczęściej widziałam, że był to żel do włosów, ale i kulki hydrożelowe, bita śmietana, czy po prostu kisiel. Najważniejsze, by konsystencja cieczy nie była zbyt ciekła.

W gniotkach fajne jest to, że można do nich wrzucić także jakieś inne rzeczy, typu brokat lub płynne farby. Dzięki temu każdorazowe dotknięcie gniotka sprawia, że zmienia się kolor i wygląd gniotka. A dodatkowo można jeszcze ukryć na przykład guziki lub inne małe przedmioty, by dziecięce łapki musiały je odszukać.

Znalazłam też fajny pomysł, by wyrysować jakieś kształty, koła, kwadraty itp., by do nich maluchy musiały przesuwać te skarby ukryte w masie. Mając więc głowę pełną inspiracji stworzyłam pierwszego gniotka. Do jego wykonania wykorzystałam akurat to co miałam w domu, czyli stare kosmetyki. A dokładniej balsam do ciała, który stracił swoją ważność ładnych parę lat temu. Schował się tak dobrze w łazienkowej szafce, że dopiero teraz go odkryłam. Do woreczka włożyłam także różnej wielkości koraliki i kółeczka. Narysowałam markerem kwadrat, kółko i trójkąt, z zamierzeniem segregacji tychże maleństw.

Niestety nie ufam moim dzieciom, a szczególnie mojemu dwulatkowi, jeśli chodzi o takie zabawy. Dlatego torebkę, mimo zamknięcia, zakleiłam jeszcze szczelnie taśmą klejącą, by nie dał rady jej otworzyć. Wtedy niebrudząca zabawa przekształciłaby się w domową katastrofę. I miałam rację, bo pierwszą rzeczą jaką Wojtek chciał zrobić z woreczkiem była właśnie próba otwarcia go. Po krótkim buncie uznał jednak, że nie da rady i wspólnie zaczęliśmy szukać koralików. Niestety markerowe rysunki prawie od razu się zmazały. Może kolorowa taśma byłaby lepsza. Szukanie ukrytych skarbów na chwilę go pochłonęło. Niestety tylko na chwilę.

Ula wykazała trochę większe zainteresowanie. Najpierw nieśmiało brała gniotka w ręce, ale w końcu zaczęła go ugniatać i szukać koralików. Widziałam, że jej się spodobało. A że woreczków mam w domu więcej, pomysłów na to co włożyć do środka także, już chciałam szykować kolejnego gniotka. I wtedy zostałam sprowadzona na ziemię.

Okazało się, że dla moich dzieciaków fajniejsza jest zabawa w pociąg, gdzie ja pełnię rolę lokomotywy, a dzieciaki wagonów. Na moją propozycję, że zaraz przygotuję kolejnego gniotka usłyszałam gromkie „nie”, „pociąg”.

Tak, uwielbiam moje dzieci. Przynajmniej pokazują mi jasno, co jest dla nich najważniejsze w danym momencie. Bo przyznam, że później jeszcze oboje wracali do tego gniotka. Pewnie niedługo spróbuję zrobić im kolejnego. Ale nie spieszę się. Na wszystko przyjdzie czas, a może dzieciaki same mnie poproszą o kolejnego gniota, kto wie.

Reklamy