Kuchnia nie jest moim żywiołem. Mój mąż nawet twierdzi, że to nie jest tak, iż nie umiem gotować. Ja po prostu psuję jedzenie. Czasem jednak mnie coś nachodzi i próbuję swoich kulinarnych sił. Jako, że już od dawna myślałam o pierniczkach, chciałam jedynie znaleźć przepis i zrobić je wraz z dzieciakami.

Jakoś mnie naszło, że powinnam znaleźć przepis na zdrowe pierniczki. Żeby nie miały cukru, tylko jakieś lepsze zamienniki. I szukałam. Najpierw w książkach kucharskich, potem na różnych blogach. W końcu zdecydowałam się na recepturę od MAG, czyli Mama Alergika Gotuje. Pierniczki kukurydziano-ryżowe okazały się jednak nie lada wyzwaniem.

Pierwszą problematyczną kwestią okazały się składniki. Czytałam wcześniej ten przepis i byłam przekonana, że wszystko co potrzebne mam w domu. Nie zauważyłam jednak ostatniej pozycji. Melasy z chleba świętojańskiego niestety w domu nie posiadam, a i się obawiam, że w najbliższej okolicy niczego podobnego bym nie kupiła. Zresztą zamiast karobu od razu chciałam dać kakao, a zamiast margaryny bezmlecznej zwykłe masło. Trochę więc zmodyfikowałam przepis i użyłam:

  • 170 g mąki kukurydzianej
  • 150 g mąki ryżowej
  • 80 g mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki przyprawy do pierników
  • 1 łyżka kakao
  • 125 g masła 82%
  • 5 łyżek miodu

Wszystkie sypkie składniki dzieciaki wsypały do miski. Niestety sporo mąki wylądowało także tam, gdzie nie powinno, ale ze stratami się liczyłam. Ciasto wyrabiałam już sama, bo nie było to łatwe. Strasznie się kruszyło, przez to też tyle miodu dałam. Miałam nadzieję, że troszkę lepiej zlepi całą tę masę. Później doczytałam w komentarzach pod tym przepisem, że można było dodać wody lub mleka. Oczywiście sama na to nie wpadłam, więc takie kruche ciasto, nawet po wyrobieniu włożyłam do lodówki. Miało tak leżakować co najmniej pół godziny.

Dzieciaki czekały, więc ciasto faktycznie było w lodówce tylko pół godziny. Potem zaczęła się nasza walka z wałkowaniem. Naprawdę nie jest łatwo rozwałkować kruche i rozpadające się ciasto. Ale próbowaliśmy. Większym problemem okazało się wycinanie kształtów foremkami. Trzeba było ręcznie dolepiać, bo zanim ciasto trafiło z foremki na papier do pieczenia to już się rozpadało. Zarówno Ula, jak i Wojtek dzielnie jednak walczyli z tą nieprzyjazną masą.

W sumie upiekliśmy dwie blachy ciastek. Pierwsza zachowała się w dobrym stanie, niestety druga wypadła mi z ręki i wszystkie pierniczki się połamały. Nie zraziło to małych cukierników, którym bardzo zasmakowało ich dzieło. Miód chyba miał w tym swoją główną zasługę. Ciasteczka okazały się bowiem bardzo słodkie. Mimo iż miały doczekać do świąt, zniknęły w tempie zastraszającym.

Udało mi się zrobić jedynie jedno zdjęcie kilku uchowanych pierniczków. Do dekoracji wykorzystałam choineczkę Danusi z Szydełkiem sznurowane. W trakcie robienia pierniczków nie miałam szans, by wziąć nawet aparat do ręki. Ręce miałam cały czas w cieście i mące. Mimo iż smakowo wyszły całkiem nieźle, chyba już nie powrócę do tego przepisu. Zrobiliśmy wczoraj normalne, standardowe pierniczki i chyba na razie nie będę już eksperymentować w kuchni.

Reklamy