Przed narodzinami Agulki szukaliśmy dla starszaków książki do czytania. Dzieciaki dość długo w ogóle nie były zainteresowane słuchaniem, wolały same przeglądać wszelkie publikacje, od gazetek reklamowych aż po różnorakie książki, nie tylko dziecięce. Przyszedł jednak moment i nagle potrzebowaliśmy czegoś, co można dzieciom czytać. A ileż można czytać baśń o Królowej Śniegu. I tak trafiliśmy na skarpetki.

„Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek (czterech prawych i sześciu lewych)” Justyny Bednarek to dość specyficzna pozycja. Cóż można rzec bowiem o skarpetkach, są i tyle. Jedne kolorowe, inne grubsze, krótsze, bardziej puszyste. Każdy jednak pewno zetknął się z odwiecznym problemem gubienia jednej skarpetki z pary. To prawie jak z rękawiczkami. Specjaliści oczywiście znaleźli już wyjaśnienie tego faktu. Po prostu w czasie prania skarpetki wpadają pod uszczelkę pralki i dlatego wyjmując pranie ich nie znajdujemy. Można jednak do sprawy podejść z dystansem i przedstawić alternatywne historie zagubionych skarpet. O tym właśnie można przeczytać w tej książce.

Rzecz dzieje się w domu Małej Be, czyli Basi, która wraz z mamą próbuje dociec, gdzie są te wszystkie zaginione skarpetki. Okazuje się, że mają one realny wpływ na nasze życie. Są takie spokojne i takie bardziej niespokojne, które podrywają człowiecze nogi do czynu. Duże znaczenie ma to, czy jest z prawej czy lewej nogi. Każda skarpetka ma swój temperament i swoje zainteresowania.

Czytając pierwszą opowieść byłam sceptycznie nastawiona do tej książki. Akurat historia pierwszej skarpetki nie była porywająca. Ale kolejne podbiły serca nas wszystkich. W każdej z opowiastek można znaleźć coś naprawdę wartościowego. One w zasadzie przekazują nam różne prawdy życiowe. Ot, choćby skarpetka z angorskiej wełny. Mama Małej Be kupiła jej pudełko, w którym, jak się okazało, brakuje drugiej skarpetki. Od samego początku była ta pojedyncza skarpeta trochę samotna, ale kiedy ruszyła w świat, nie bała się niczego. Poznała bezdomnego, tak nie bała się się z nim rozmawiać, i jego historię. Bezdomnym okazał się król, który opuścił żonę, bo stracił nogę w walce ze smokiem. Nie chciał, by miała męża kalekę, ale nie zapytał się jej w ogóle, co ona o tym myśli. Ileż rzeczy, o których można z dzieckiem porozmawiać. Świetna jet też historia wroniego małżeństwa. Myślę, że wiele par mogłoby się wręcz z nim identyfikować.

Dzieciaki mają swoje ulubione opowiadania. Wojtek przepada właśnie za włoską skarpetką oraz za różową otulistopką. Uleńka zaś jest fanką ostatniej historii, której akcja dzieje się w szpitalu. Kajtek jest chory i bardzo smutny. Nie dość, że musi leżeć w łóżku w obcym miejscu, to jeszcze na deser dostaje kisiel, którego nie znosi. Z pomocą przychodzi skarpetka. Udając ducha, przekonuje kucharkę, by dzieci dostawały inne słodkości, a na dodatek lekarz zatrudnia ją jako rozweselacza dla dzieci. To właśnie z tego opowiadania pochodzi tytułowy tekst „dzieci nie chcą jeść kisielu”. Nasza trzylatka tak go polubiła, że powtarzała go bardzo często, w okresie intensywnego czytania tej książki.

Oczywiście, jeśli ktoś wychowuje dzieci w duchu pedagogiki Montessori, pokazując tylko realny świat, w ogóle nie musi zaglądać do tej pozycji. Jeśli jednak komuś znudziły się czerwone kapturki, królewny śnieżki czy inne standardowe bajki, szczerze polecam lekturę skarpetek.

Advertisements