Ostatnio słyszę to pytanie od mojej trzylatki bardzo często. Wszędzie, gdzie widzi litery, wskazuje i pyta. Zarówno w książkach, jak i w każdym innym miejscu gdzie jest coś napisane. Dlatego czytam napisy na pralce, nazwy ulic, wszystko co znajduje się na opakowaniach, pudełkach, słowem każde słowo, które zostanie zauważone przez Ulę.

Skłoniło mnie to do poszukiwań jakiś ciekawych ćwiczeń do nauki czytania. Nie to, że chciałabym już przymuszać dziecię do tego, ale może jakoś w zabawie przemycać chociaż literki. Przeszukując internet trafiłam na metodę Domana. Polega ona na nauce słów, a nie liter. W skrócie oznacza to, że pokazuje się dziecku napisane słowo i obrazek, by łatwiej było powiązać jego znaczenie. W założeniach można w ten sposób ćwiczyć już z niemowlakiem. Sama metoda ma ściśle określone reguły. Trzeba pokazywać konkretne słowa w określonym czasie, robiąc maluchowi coś na kształt krótkich lekcji. Przynosi to ponoć szybkie efekty. Można zakupić podręcznik oraz zestaw kartoników ze słowami i obrazkami.

Przyznam, że wydaje mi się, że to może być za dużo dla takiego malucha. Nie chcę, by dzieciaki zaczęły uczestniczyć w wyścigu szczurów będąc jeszcze w pieluchach. One naprawdę nie muszą umieć czytać zanim pójdą do przedszkola. Zresztą niedawno wyczytałam na mataja.pl, że po pierwsze – niezależnie od tego kiedy dzieci zaczynają czytać, i tak ta umiejętność wyrównuje się mniej więcej w wieku 11 lat. A po drugie – dla mnie nawet ciekawsze – według pewnego badania, dzieci, które wcześniej zaczynały mówić, w dorosłości częściej się  … upijały. Nadzieja dla moich maluchów, że przynajmniej nie będą mieć problemów z alkoholem w przyszłości 😉

Mimo iż nie chcę zamęczać dzieciaków i robić im specjalnych lekcji, czasem wychodzę naprzeciw ich potrzebom. Notoryczne pytania, o to co tu jest napisane, sprawiły, że któregoś razu zrobiłam dzieciakom małą zabawę, wykorzystując trochę metodę Domana. Wzięłam zdjęcia naszej rodziny. Napisałam na kartkach literami pisanymi i drukowanymi słowa: Ula, Wojtek, mama, tata, babcia, dziadek. Zrobiłam to w podwójnej wersji z ciekawości, czy dzieciaki załapią podobieństwo pierwszych liter. Zadaniem było przyporządkowanie odpowiednich słów do zdjęć. Przyznam, że nadspodziewanie fajnie to wyszło. Dla dwulatka chyba trochę to było za trudne i niezbyt interesujące. Czasem mam wrażenie, że on mógłby się bawić tylko klockami i samochodzikami. Taki etap w życiu. Dla Uli była to jednak świetna zabawa.

Moja trzylatka bezbłędnie rozpoznaje swoje imię i nazwisko. Wszystko dzięki metkom na jej ubrankach. Przyszyłam je, by nie pogubić w przedszkolu Uli ciuszków. W zabawie w dopasowywanie słów do zdjęć nie miała więc problemu z własnym imieniem. Trochę trwało, gdy nauczyła się pozostałych słów, ale sama chciała powtarzać to ćwiczenie, aż udało się jej w końcu dobrze wszystko dopasować.

Dodatkowo Ula wymyśliła sobie, że chce sama napisać słowo „tata”. Prosiła mnie tylko, bym mówiła, jak ma pisać. Zaczęłyśmy więc od pionowej kreski, a potem miała być pozioma. Okazało się to wcale nie takie proste. Prawą ręką pociągnęła kreskę na prawo od poziomej linii, a lewą na lewo. Śmiesznie to wyglądało, ale naprawdę przypominało to literę T. Później był namiocik i pozioma kreska i jeszcze raz od nowa pionowo i poziomo oraz namiocik. Efekt fenomenalny, jak na dziecko, które dopiero niedawno w ogóle zainteresowało się przyborami piśmienniczymi. W przeciwieństwie do Wojtka, który od razu dobrze nauczył się trzymać kredkę w dłoni i naprawdę lubi sobie bazgrolić.

img_1656

Na razie nie powtarzaliśmy tej zabawy, ale Ulcia wciąż prosi, by jej czytać i niekiedy pisać różne słowa. Na lodówce mamy magnetyczne literki, które też czasem sobie układa, próbując przypomnieć sobie jak się pisze tata, mama czy babcia. Może niedługo spróbuję wykorzystać układankę ze zwierzętami i do niej napiszę słowa do dopasowywania. Cieszę się, że inicjatywa czytelnicza wychodzi jednak oddolnie, i to w tak młodym wieku 🙂

Advertisements